Każdy, kto kiedykolwiek próbował napisać coś więcej aniżeli podręczną listę zakupów – doskonale rozpozna ten moment.
Siadasz przed komputerem, z lepszym, bądź gorszym nastawieniem, otwierasz dokument i zaczynasz wyczekująco wpatrywać się w migający wściekle kursor. Im dłużej się w niego wpatrujesz, tym wyraźniej widzisz, że on również wpatruje się w Ciebie. Wyczekująco i oceniająco. A Ty po upływie kilkunastu minut spuszczasz wreszcie zawstydzony wzrok i z trzaskiem zamykasz komputer.
Nie, dziś nie jest ten dzień.
Tak właśnie rozpoczyna się jedna z najbardziej emocjonujących batalii każdego człowieka piszącego. Oczywiście w Twojej głowie wszystko wyglądało chwilę wcześniej zupełnie inaczej. Miałeś naprawdę genialny pomysł, a fabuła zdawała układać się sama. Bohaterowie prowadzili żywe konwersacje, a zakończenie było tak cholernie dobre, że przez jeden krótki ułamek sekundy pewien byłeś, że tak, mam gotowy przepis na literackie arcydzieło.
Co się więc stało? Skąd ta nagła pustka?
Możesz czuć niedowierzanie, pogrążyć się w szoku, ale oto właśnie na scenę wkracza ona, zupełnie nieproszona – Blokada Twórcza. Irytująca w całej swej okazałości i bezczelności. Nie było jej w szkielecie fabuły, nie było jej w konspekcie. Nie przygotowałeś dla niej żadnego biogramu, ani nawet jednego zdania dialogu. A mimo to przyszła. I wszystko wskazuje na to, że zamierza zagościć u Ciebie na dłużej.
Jeśli dokładnie jej się przyjrzysz i stworzysz jej profil psychologiczny, zauważysz, że zjawa ta ma bardzo specyficzny charakter. Czasem jest wyjątkowo oporna, a Ty siedzisz przed tym migającym kursorem i próbujesz ją przekonać, że jesteś w stanie napisać choćby jedno wartościowe zdanie, by udowodnić jej bezcelowość tych odwiedzin. W poszukiwaniu inspiracji przeglądasz co chwilę media społecznościowe i szukasz mądrych porad, jednak po czterdziestu minutach takich poszukiwań uświadamiasz sobie, że posiadłeś wiedzę na temat tego, co jadła na śniadanie druga osoba, gdzie spędzała wakacje trzy lata temu oraz, że ktoś adoptował właśnie stado ślicznych kocurków, ale w żadnej mierze nie przybliżyłeś się do rozwiązania swojego problemu.
Tekstu jak nie było tak nie ma.
W inny dzień Królowa Blokada bywa jeszcze bardziej złośliwa – podsuwa Ci wszystkie możliwe pomysły, oprócz tego, którego tak naprawdę potrzebujesz. Masz nagle dziką ochotę posprzątać mieszkanie, uporządkować książki, umyć okna i zrobić generalny remont kuchni. A co w tym czasie robi Blokada? Nic. Patrzysz znów na pustą stronę i nie masz pojęcia co właściwie powinno się na niej pojawić.
I w tym właśnie miejscu zaczyna się robić ciekawie.
Bo co jeśli problem wcale nie polega na tym, że powinniśmy przegonić tę nieszczęsną blokadę?
Co jeśli ten jeden raz usiądziemy obok niej, w ciszy, i posłuchamy tego, co rzeczywiście ma nam do powiedzenia? Może zabrzmi to jak kolejna internetowa porada z cyklu „pokochaj swoje ograniczenia i wypij rano szklankę ciepłej wody z cytryną’, ale uwierz, że blokada nie zawsze przychodzi po to, żeby nas zatrzymać. Bardzo często pojawia się jako sygnał z naszego ciała, który woła do nas, żebyśmy zwolnili.
Kiedy przestajemy desperacko walczyć i gonić za produktywnością, zaczynamy w magiczny sposób zauważać rzeczy, które wcześniej zagłuszaliśmy, i na które nie zwracaliśmy uwagi: dźwięk deszczu za oknem, zapach kawy, światło wpadające w szczelinę między zasłonami, jednostajny szum samochodów. Nasze własne myśli, które wcześniej bezskutecznie próbowały przebić się przez hałas tych wszystkich „muszę” i „powinnam”.
Twórczość potrzebuje przestrzeni, a często to my sami jej ją odbieramy. Tak bardzo chcemy, żeby historia była dobra i oryginalna, żeby bohaterowie mieli w sobie głębię, a dialogi brzmiały naturalnie. Wszystko jednocześnie i najlepiej na przedwczoraj. Nic dziwnego, że nasza głowa w pewnym momencie mówi: „Dobrze. To może ja sobie chwilę postoję i przeczekam aż ten tłum się rozładuje”.
Twoim zadaniem w tym czasie jest obserwacja. Co właściwie powoduje tę ciszę? Czy naprawdę nie mam już nic do powiedzenia? A może wręcz przeciwnie – tych rzeczy do opowiedzenia jest tyle, że nie potrafię zdecydować, od której zacząć? Albo problem też być może leży w tym, że próbuję zmusić historię, żeby poszła drogą, którą sama już przestała być zainteresowana?
Nigdy nie byłam fanką sztywnego planowania historii. Pisałam już o tym wielokrotnie. Lubię, kiedy opowieść trochę mnie zaskakuje i sama prowadzi w nieoczekiwanym kierunku. Bohaterowie potrafią zrobić nagle coś, czego się po nich absolutnie nie spodziewałam i tym samym rozwalają misternie tkany szkielet powieści. Dla osób z obsesją kontroli może być to irytujące, ale dzięki właśnie tej nieprzewidywalności proces twórczy jawi się w moich oczach jako wielka przygoda, z której nigdy nie wiem czy wyjdę cało 🙂 Czasem to, czego nie ma mówi nam więcej niż to, co zostało już napisane.
Pusta kartka nie zawsze oznacza brak historii.
Czasami oznacza tylko tyle, że historia jeszcze nie zdecydowała, w jaki sposób chce zostać opowiedziana.
