Inspiracje

O ludziach, którzy stali się bohaterami moich opowieści

Zawsze, ilekroć ktoś mnie pyta jak dużo ze mnie jest w moich opowieściach, uśmiecham się z przekąsem i odpowiadam tak zawile, byle tylko na to pytanie nie odpowiadać. Bo jest w nich prawie wszystko. Jestem jak gąbka, która nasiąka ludzkim doświadczeniem i odpowiednio wyciśnięta wypluwa do literackiego zlewu wszystkie pozbierane brudy.

Jeśli jesteście ze mną od dawna, to nie będzie dla Was żadną nowością jeśli powiem, że uwielbiam obserwować. Mówić nie. Używanie języka mnie męczy, toteż nie odzywam się jeśli temat mnie nie interesuje. Jest to być może aroganckie, jednak żal mi tracić energię na rzeczy, które mnie jej pozbawiają. Wiadomo, czasem te wszystkie small talki są konieczne, by nie wypaść na totalną chamkę, ale wierzcie mi, jedno mówię, a drugie i trzecie sobie myślę. Jestem z tych, co doładowują swój świat wewnętrzny wrażeniami wzrokowymi.

Wiecie co od zawsze lubiłam robić? Być może ktoś z Was też tak ma – bardzo by mnie to ucieszyło, bo nie wyszłabym na jakąś stalkerkę…Uwielbiam patrzeć ludziom w okna! Tadam! Powiedziałam to! Okna, domy, ogródki. Lubię patrzeć na to, co ludzie tam mają. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak wiele można powiedzieć o człowieku na podstawie rzeczy, którymi się otacza. A ja, od zawsze, na podstawie tych moich mikro obserwacji lubiłam sobie wyobrażać jak żyje dany człowiek, co tam ma w swoim domku, jak spędza czas, co go cieszy, co złości i smuci. Dom to nasz azyl. Wiem jak wygląda mój (wbrew temu, co możecie sobie pomyśleć – jest bardzo jasny w środku), ale interesuje mnie też jak żyją inni ludzie. Dlatego, gdy jadę sobie ulicą po zmroku, a w oknach mijanych kamienic palą się światła, to zerkam tam w nadziei, że właściciele mieszkań jeszcze nie zaciągnęli zasłon. I widzę czasem pięknie urządzone wnętrza, pozawieszane na ścianach łapacze snów, regały pełne maskotek lub półki uginające się od kwiatów. Wbrew pozorom takie obserwacje są bardzo skąpe, bo niewiele jestem w stanie podejrzeć w krótkim czasie. Ale nie martwcie się, nie zakradam się na cudze posesje, by podglądać mieszkańców po zmroku. Chociaż gdyby tak mieć pelerynę niewidkę… 🙂

Skoro tak dużo czerpię z obserwacji, to możecie się domyślać, że moje własne doświadczenie bardzo silnie wpływa na kształt moich opowieści. I choć większość zapisanych na kartach moich książek historii jest całkowicie zmyślona, to bardzo często przemycam tam smaczki, o istnieniu których wiedzą tylko nieliczni.

Czy wiedzieliście, że jeden z głównych bohaterów „Lee Schubienika” wzorowany jest na chłopaku, w którym byłam platonicznie zadurzona w okresie studiów? Robiłam (przy pomocy koleżanki) cudaczne rzeczy, byle go tylko poznać, a niestety nigdy do tego nie doszło. Po ukończeniu studiów rozpłynął się w powietrzu, a ja uwieczniłam jego buńczuczność i zuchwałość na łamach mojej powieści. Dzięki temu mam pewność, że pamięć o nim nie przeminie. Podobnie jak o tych wszystkich rozbijaczkach rodzin i niewiernych żonach, które spotkać można w „Pieśniarzu”.

O, jak bezpiecznie jest mówić o innych pod przykrywką fikcji i niedopowiedzeń! Bartie i Jacinto z „Schubienika” również mają swoich odpowiedników w realu. Ich postaci na zawsze trącić będą desperacją i limonką, czytelne tylko dla tych, którzy osobiście ich poznali 🙂 Metaforą można się otulić, metafora daje poczucie bezpieczeństwa. Nie muszę się z niczego tłumaczyć, zręcznie odbijając piłkę w stronę, w którą nigdy nie spodziewałam się, że poleci. A pytający więcej już nie drąży, bo uważa, że dostał właściwą odpowiedź.

Drodzy Czytelnicy, mówię Wam, pisarze to cholernie niebezpieczne istoty.

Możesz również polubić…

Zostaw odpowiedź